Niespodziewana podróż do Gdańska i z powrotem - szkoła jesienna 6b

2017 09 20 22 6b jesienna 015Tegoroczna jesienna szkoła klasy 6B miała wyglądać zupełnie inaczej. Planowaliśmy szalony survival pod namiotami z różnymi dziwnymi zajęciami w plenerze, nad rzeką, w lesie, pośrodku niczego. Spodziewaliśmy się, że będziemy brudni, może mokrzy, zmordowani i wybiegani. Nie spodziewaliśmy się natomiast totalnego załamania pogody w przed-weekend wyjazdu, czego efektem była konieczność zmiany planów na niecałe 48 godzin przed wyjazdem.

2017 09 20 22 6b jesienna 036Jak zmieniać, to zmieniać - zmieniliśmy wszystko co do najmniejszego szczegółu, na czele z kierunkiem podróży. W poniedziałek wieczorem schronisko młodzieżowe w Gdańsku dowiedziało się, że we środę rano przyjedziemy zdeponować plecaki, we wtorek rano dowiedziała się o tym klasa, a przed południem okazało się na całe szczęście, że może z nami pojechać pan Radek Kudła, tata Marty, uzupełniając drużynę opiekunów składających się dotychczas z samych Krzysztofów (Sawickiego i Rupińskiego). Tymczasem jeden z wyżej wymienionych dowiedział się, że być może mógłby kupić bilety na pociąg, gdyby nie to, że system przeżywał akurat jakąś restrukturyzację, kupił je więc popołudniu. Aby nie wchodzić w szczegóły tego, ile spał w noc przed wyjazdem, oddajmy głos w tej relacji samym uczestnikom...

2017 09 20 22 6b jesienna 001
Pierwszy dzień bardzo skrupulatnie opisała Marysia:

--
Dwudziestego września o godzinie 6:30 spotkaliśmy się na Dworcu Centralnym i pojechaliśmy do Gdańska [ku uciesze uczniów pociągiem przedziałowym - przyp. K.S.]. Gdy wysiedliśmy z pociągu, przesiedliśmy się do kolejki komunikacji miejskiej i pojechaliśmy pod nasze schronisko. Zostawiliśmy tam bagaże i pojechaliśmy do Gdańska-Oliwy.2017 09 20 22 6b jesienna 005

Chodziliśmy tam chwilę po parku, następnie udaliśmy się do katedry, gdzie wysłuchaliśmy (lub przespaliśmy) koncert na organach. Niektóre z elementów tego wielkiego instrumentu były ruchome, co dla kilku osób było przerażające. Potem wspięliśmy się na punkt widokowy o nazwie "Pachołek", skąd po raz pierwszy (na wycieczce, oczywiście) zobaczyliśmy morze. Choć na punkt widokowy wspinaliśmy się lasem, stromo pod górę, niektórym to nie wystarczyło i usiłowali wspiąć się również na pomnik stojący na szczycie.

Wróciliśmy do schroniska, rozlokowaliśmy się w pokojach. Oczyywiście nie mogło zabraknąć czasu na bieganie pomiędzy pokojami i krzyczenie do siebie.

Późnym popołudniem pojechaliśmy na Długi Targ, zjedliśmy tam obiad w barze Neptun, Potem każdy dostał drożdżówkę i chwilę chodziliśmy po Gdańsku i dwóch wyspach leżących na rzece Motławie.

To nie był bardzo męczący dzień, ale kiedy wróciliśmy do schroniska, wszyscy zasnęli bardzo szybko ze względu na bardzo wczesną pobudkę (przypomnę, że pociąg był o 6:30).
---

Do relacji Marysi warto dodać, że gdy - już po ciemku - weszliśmy na wyspę Spichrzów, znaczna część klasy wpadła w entuzjazm na widok koła widokowego o nazwie Amber Sky (my jednak ukuliśmy własną nazwę: Danzig Auge). Niewiele brakowało, a skorzystalibyśmy z tej atrakcji już pierwszego dnia; z pewnych względów nie było to możliwe, ale apetyt pozostał...

Drugi dzień opisała Pola:

---

Drugiego dnia wycieczki po śniadaniu [przygotowanym własnoręcznie - przyp. K.S.] wyruszyliśmy do Gdańska na zwiedzanie Muzeum II Wojny światowej. Wystawa, którą obejrzeliśmy, była bardzo ciekawa i poruszająca. Duże wrażenie zrobiła na nas aranżacja przedwojennej uliczki, a także [propagandowa niemiecka] książeczka dla dzieci pt. "Trujący grzyb", która opowiadała, jacy okrutni są Żydzi.
Zaciekawiły nas też trzy sale pokazujące to samo mieszkanie: przed wojną (zadbane, ładne), w trakcie wojny (mniej rzeczy, inne zabawki) i pod koniec wojny (zupełnie zniszczone). Warto było odwiedzić to muzeum.

2017 09 20 22 6b jesienna 022Następnie wybraliśmy się do Gdyni, gdzie zjedliśmy pyszny obiad w barze Pierożek. Po obiedzie wybraliśmy się na długi spacer [plażą] z Gdyni do Sopotu. Po drodze widzieliśmy na klifie orłowskim bunkry z czasów II wojny światowej [tak naprawdę są to już bunkry powojenne; widzieliśmy ich sporo, zarówno wysoko na klifie, jak i jeden leżący na plaży, który został kilka lat temu zepchnięty z urwiska ze względów bezpieczeństwa - przyp. K.S.].

W ramach przerwy zatrzymaliśmy się na placu zabaw.

Do Sopotu dotarliśmy pod wieczór, więc całe molo było nasze; po tym długim spacerze poszliśmy na lody i wróciliśmy do Gdańska.

---2017 09 20 22 6b jesienna 055

Warto w tym momencie dodać, że przez te dwa dni mieliśmy naprawdę piękną pogodę, co stanowiło ostry kontrast z doniesieniami z Warszawy, gdzie cały czas lało (w miejscu, w którym mieliśmy być pod namiotami było jeszcze gorzej). Ostatniego dnia rano przywitał nas deszcz, zrezygnowaliśmy więc z rozważanych planów spacerów po sopockich lub oliwskich lasach. Ponieważ trzeba było opuścić pokoje, spakowaliśmy bagaże i pojechaliśmy zostawić je na Gdańsku Głównym. Następnie zrealizowaliśmy marzenie wielu i zrobiliśmy cztery wielkie obroty na gdańskim London Eye (przepraszam, Danzig Auge). Tego dnia zdążyliśmy jeszcze przejść się po Starym Mieście, pobawić na interaktywnej wystawie w Muzeum Morskim, po czym zjedliśmy obiad i ruszyliśmy na dworzec. Droga powrotna (tym razem Pendolino, bez przedziałów) minęła szybko mimo drobnego opóźnienia na starcie i przed 19 pożegnaliśmy się na dworcu.

2017 09 20 22 6b jesienna 049Chyba było fajnie, bo niektórzy pytali, czemu ta wycieczka musi być taka krótka!

ps. Warto odnotować, że zgodnie z tradycją świętowaliśmy na wyjeździe urodziny Zonki, a dzień wcześniej - wieczorem na wietrznym sopockim molo - również imieniny Mateusza.